[Agnieszka Piątek ]

"Zamieszkam w domu Pana"

Urodziłam się i wychowałam w rodzinie, która przyznawała się do tradycji katolickiej, jednak jej pobożność miała wiele naleciałości, również sprzecznych z ortodoksyjnym katolicyzmem. Sama uważałam się za osobę otwartą i tolerancyjną. W jakiś sposób szukałam Boga. Należałam do różnych wspólnot przy Kościele katolickim. Czytałam wiele książek. Miałam różne pytania.

W czasie studiów poznałam grupę ludzi "wierzących inaczej", a konkretnie z Kościoła baptystów i spędzałam z nimi całkiem sporo czasu. Nie miałam żadnych oporów przed pójściem na ich nabożeństwo, ślub czy ewangelizacje. Jednak przejawiałam wysoką odporność na wszystko, co od nich słyszałam. Powiem nawet, ze naprawdę nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy, o czym dyskutowaliśmy. Świadczy to o tym, jak diabeł wybiera z serca zasiane ziarno. Mam prawdziwą czarną dziurę w głowie, jeżeli chodzi o ten okres życia. Podam przykład: w moich wspomnieniach dobrze zachował się niebieski namiot, w którym odbywała się ewangelizacja, ale co w tym namiocie?... Naprawdę nic nie pamiętam i nawet teraz pamięć mi nie wraca! Natomiast zapamiętałam z tamtych czasów dwie rzeczy: werset z Bożego Słowa i to dość nietypowy: "tak jest z moim słowem, które wychodzi z moich ust: nie wraca do mnie puste, lecz wykonuje moją wolę i spełnia pomyślnie to, z czym je wysłałem" (Iz 55:56) A poza tym poważny głos mojej koleżanki-chrześcijanki, która mówiła mi o tym , ze Słowo Boże potrafi "pracować" w człowieku i dwadzieścia lat, lecz w końcu przyniesie owoc. Jest to jedyny tekst, jaki pozostał w mojej głowie.

Druga rzeczą, która zapamiętałam doskonale i nawet mogę powiedzieć, ze był to moment przełomowy dla mojej pamięci - to chrzest drugiej mojej koleżanki. Uczestnictwo w nim w charakterze obserwatora było dla mnie wstrząsem - negatywnym. Od tego momentu zaczęłam nienawidzić tych "aroganckich ludzi, którzy uważają, ze mają monopol na prawdę, a są jedynie żałosną karykaturą katolików". Od tego momentu prysła cała moja tolerancja. "Ci ludzie" byli z niej wyłączeni. Nie chciałam więcej rozmawiać. Byłam wściekła, choć nie wiedziałam dlaczego.
 
Potem nastąpiło około dziesięciu lat wielkiej ciszy. Skończyłam studia, wyszłam za mąż, straciłam wszelki kontakt z ewangelicznie wierzącymi chrześcijanami, którzy porozjeżdżali się do rożnych miast i nie zastanawiałam się więcej nad tymi sprawami. Czasami odzywała się do mnie koleżanka, która cytowała mi wcześniej ten werset z Izajasza, ale reagowałam gniewem na wszelkie próby zwrócenia rozmowy na Jezusa. Pozwalałam jednak czasem ofiarować sobie chrześcijańskie książki i czytałam je. Nawet mi się podobały... do momentu, w którym była mowa o wyraźnej deklaracji, odwróceniu się od grzechu i uznania Jezusa Chrystusa jedyną drogą do Boga. Tego nie chciałam słyszeć. Ale podobały mi się opisy i świadectwa bliskiej przyjaźni z Bogiem, Jego działanie, Jego cuda, Jego zainteresowanie zwykłym życiem zwykłego człowieka.

I pewnego dnia miałam i ja swoją "drogę do Damaszku" (Dz 9.). Odprowadzałam wraz z jedną z koleżanek mojego pięcioletniego wówczas syna do Domu Kultury na zajęcia dla przedszkolaków i w drodze ta koleżanka zapytała mnie, czy też mam zamiar zadeklarować udział synka w lekcjach religii dla dzieci przedszkolnych. I wtedy w mojej głowie rozegrała się scena, która trwała bardzo krotko, ale którą opisać w dwóch słowach nie jest łatwo.
Miałam taki moment wielkiej jasności, w której zrozumiałam jednocześnie, że nie chcę, żeby moje dziecko chodziło na religie, powtarzało moją drogę, moje pytania i błądzenie. Że chcę, aby znało żywego Boga, który jest Przyjacielem. Że chcę, by znało Jezusa Chrystusa, którego ja też chcę znać! Który jest jedyną Prawdą i Drogą do Ojca.

Słowo Boże wykonało swoja pracę. Usłyszałam w głowie ten słynny werset z Izajasza i miałam wrażenie, ze Bóg uśmiecha się do mnie. Uczucie pokoju i radości, jakiego doświadczyłam jest trudne do opisania. Nie miałam specjalnie pomysłu, co dalej. Nie miałam już kontaktu z chrześcijanami. Nie byłam pewna, czy mnie do siebie przyjmą. Nie znałam dobrze "doktryny". Ale znałam już Drogę.
Wtedy nauczyłam się ze wszystkim zwracać zawsze do Boga. Zwróciłam się prosto do Niego z prośbą o wskazanie mi Kościoła, do którego mogłabym należeć. Zostałam tam zaprowadzona za rękę (jest to temat na kolejne świadectwo). Rok później przyjęłam chrzest w Imię Jezusa Chrystusa.

Na zakończenie chcę powiedzieć, ze doświadczam w życiu tego, co tak bardzo mi się podobało w chrześcijańskich książkach - przyjaźni z żywym Bogiem, Jego cudów, Jego mocy i miłości. Mam wiele, wiele innych świadectw Jego działania w moim życiu. On ocalił od śmierci mojego synka, który rok później zachorował na żółtaczkę, On przyprowadził do siebie moja mamę na krótko przed jej śmiercią, On poprzez swojego Ducha nauczył mnie rozmawiać ze sobą i rozumieć Jego wole, On przychodzi ze swą odpowiedzią ilekroć wołam - jak dobry Ojciec do swego dziecka. On również pracuje w moim życiu nad problemami jeszcze nie rozwiązanymi. Pokazuje mi je w swoim porządku, z miłością. Razem z Nim nie boję się spojrzeć w przeszłość, odrzucić stare grzechy i przyjąć Jego przebaczenie. Razem z Nim nie boję się stawić czoła teraźniejszości, która z rożnych względów jest czasem trudna. Razem z Nim nie boję się przyszłości, gdyż wiem, ze "dobroć i łaska towarzyszyć mi będą przez wszystkie dni życia mego. I zamieszkam w domu Pana przez długie dni" (Ps 23:6).