|
„...Aż dotąd pomagał nam Pan...” (1 Sm 7:12)
Nazywam
się Paweł, pochodzę z Elbląga. Mam dzisiaj
za sobą 25 lat życia fizycznego i 13 lat życia duchowego. Jako
wychowany w rodzinie chrześcijańskiej, wiedziałem, kim jest Jezus,
po co przyszedł na świat, znałem historie z Biblii, wiedziałem, co
znaczyła śmierć na krzyżu i
zmartwychwstanie, znałem na pamięć wersety z Biblii. Znałem,
wiedziałem, pamiętałem... ale nie przeżywałem tego w sercu, nie
odnosiłem tego osobiście do mnie. Aż do pewnej niedzieli w maju
1991 roku. Nawróciłem się mając 13 lat na kazaniu pewnego pastora,
który mówił o tym, że nasze życie z wartościami, talentami i
umiejętnościami to tylko zera. Ładny wygląd – 0, super pamięć – 0,
uprzejmość – 0, itp. itd. Po prostu nie mają wartości. Jednak
jest ktoś, kto może temu życiu nadać wartość, sens i cel. Tym kimś
jest JEZUS CHRYSTUS, On jest jedynką. Jeśli postawisz Go – mówił
pastor – na czele swojego życia to będziesz miał wartość
dziesięcio-, sto-, tysiąckrotną. Bez Jezusa, twoje życie nie ma
prawdziwej wartości. Tylko Jezus zapewni Ci życie wieczne, a tego
nie dadzą ci pieniądze ani stanowisko czy znajomi. Tylko Jezus
daje Ci za darmo prawdziwe przebaczenie grzechów, prawdziwy pokój
duszy i prawdziwą radość serca, a tego każdy pragnie.
Wtedy zrozumiałem, że Chrystus przychodząc na świat myślał o mnie,
że gdy umierał na krzyżu, myślał o mnie i o moim życiu, i gdybym
miał być jedyną grzeszną osobą na świecie, to On i tak by to
zrobił, bo tak mnie ukochał (Ewangelia św. Jana 3:16). Jezus mnie
kocha. Przez krzyż, który jest symbolem chrześcijaństwa, Jezus
mówi do każdego z nas z osobna: KOCHAM CIEBIE. Jezus wiedział, że
nikt z nas nie jest w stanie uwolnić się od ciężaru grzechów, więc
z tej miłości do nas oddał swoje życie w zamian za nasze życie. On
– Chrystus umarł po to, abyśmy ty i ja mogli żyć. Nie tylko tu na
ziemi, ale i żyli wiecznie z Bogiem w Niebie.
Przeżywałem to siedząc w kościelnej ławce i popłakałem się... ze
szczęścia.
Ze szczęścia, bo Bóg-Stwórca świata, Święty Bóg, nie znoszący
grzechu, oddał siebie jako ofiarę za moje grzechy. Zrobił to po
to, abym mógł być Jego dzieckiem, sługą i przyjacielem, żebym mógł
się z nim kiedyś spotkać w niebie. Zrobił to z tych i wielu, wielu
innych powodów.
W
poniedziałek jak zwykle poszedłem do szkoły, mieszkałem z tymi
samymi rodzicami, w tym samym domu, bawiłem się z tym samym psem,
ale było coś nowego, innego, baaardzo cennego. Świadomość nowego
życia z Bogiem, Jego obecności przy mnie, możliwość osobistego
rozmawiania z Nim w modlitwach, myślenia o Nim, czytania Jego
Słowa, czyli Biblii. Byłem zakochany w Bogu. Tak zakochany.
Bóg nie wywrócił mi życia od razu do góry nogami, ale zaczął mnie
„posyłać
do szkoły” - duchowej szkoły. Poznawałem Go, zauważałem Jego
działanie w małych i dużych rzeczach, w moim życiu i innych ludzi
też. Doświadczyłem Jego miłości, przebaczenia, cierpliwości,
radości, pokoju, mocy. Moje życie ulegało przemianie.
Z
Jego pomocą skończyłem podstawówkę, zdałem egzaminy do liceum i to
liceum ukończyłem. Zdałem maturę i poszedłem na studia. W każdym
roku i w każdej decyzji, patrząc na nie z dzisiejszej perspektywy,
zauważam Bożą obecność w moim życiu. Nie zawsze pytałem Boga o
zdanie, co sądzi o tym albo o tamtym; przypłacałem to ponoszeniem
konsekwencji, ale to jest Boża miłość, która nie robi z nas
kukiełek na sznureczkach, ale myślące, podejmujące decyzje Jego
dzieci. Dlatego patrząc wstecz mogę powiedzieć, że Bóg NIGDY mnie
nie opuścił, zawsze stał przy mnie, tylko ja czasami stawałem do
niego tyłem, udawałem, że Go nie ma, albo, że go nie zauważam;
ignorowałem go.
Wiem, że pomagał mi zawsze, nawet gdy daleko zabrnąłem w
ciemną dolinę życia (Psalm 23:4). Jezus tak pobłogosławił mi, że
na trzecim i ostatnim roku studiów licencjackich w Gdańsku
podjąłem pracę „w swoim fachu” – w oddziale banku w Elblągu. Po
skończonych studiach miałem zamiar robić studia magisterskie też w
Gdańsku. Pan jednak poprowadził moim życiem tak, że praca w
oddziale „się skończyła” i miałem iść na zieloną trawkę od 30
września 2000. Ruszyłem na „obchód” po elbląskich bankach, ale w
żadnej z kilkunastu placówek nie dawano mi szans na zatrudnienie.
Był sierpień 2000 roku. Bóg czuwał nad moim życiem, nie wątpię w
to. Niespodziewanie pojawiła się perspektywa pracy w samej
centrali tegoż banku, w którego elbląskim oddziale pracowałem.
Nieśpiesznie wysyłałem zgłoszenie bo niezbyt ciągnęło mnie do
stolicy. Oddałem tę sprawę Bogu, a moi kochani Rodzice także
wspierali mnie w modlitwach. Po tygodniu od wysłania oferty
zaproszono mnie na rozmowę. Pojechałem tam we wtorek, chyba 27
sierpnia, we środę zadzwoniono do mnie do oddziału i potwierdzono
przyjęcie mnie do pracy od dnia 1 października. To było cudowne,
Boże prowadzenie. Umowa w Elblągu kończyła się 30 września, a nowa
praca rozpoczynała się
1 października. Ani dnia przerwy.
A
więc w środę był telefon, że mnie przyjęli. Teraz trzeba było
znaleźć mieszkanie i nowe studia magisterskie, no bo do Gdańska
nie będę jeździł z Warszawy. Kolejny cud. Po wykonaniu jednego
telefonu do znajomej mojej Mamy okazało się, że pewne małżeństwo
ma pokój w centrum Warszawy do wynajęcia!!! To był czwartek.
Następnie szkoła. Pożyczyłem z biblioteki miejskiej przewodnik dla
studentów i wybrałem kilka potencjalnych szkół, wykonałem kilka
telefonów i podjąłem decyzję. To był piątek. W sobotę pojechałem
jeszcze raz do Warszawy, aby zawieźć dokumenty na nową uczelnię i
wpłacić wpisowe i było po wszystkim. Też cud. I - proszę - nie
mów, że miałem fuksa, fart albo że był to przypadek. Powierzyłem
swoje życie nie przypadkowi, tylko BOGU i to On nim kieruje. On ma
na nie wpływ i co do Niego nie mam wątpliwości, że chce dla mnie
najlepiej. Dla Ciebie Bóg też tego chce.
W
ciągu tygodnia Bóg „załatwił” mi przeniesienie do Warszawy, a ja
tylko się śmiałem z kolegów z pracy, którzy z niedowierzaniem
słuchali mojej historii i wymyślali, jakie to ja „musiałem mieć
plecy”, żeby dostać tę pracę w centrali banku. Prawdę mówiąc,
miałem plecy i to jakie... u mojego Ojca w Niebie, Pana i Stwórcy
wszechświata.
Dziękowałem Bogu za to bardzo konkretne prowadzenie. Gdy ja miałem
wątpliwości, On zabierał strach.. Smuciłem się, że będę musiał
opuścić Rodziców, kościół, rodzinne miasto, znajomych. Wiedziałem
jednak, że to, co Bóg daje, jest najlepsze. Po miesiącu
oczekiwania zapakowałem swoje rzeczy do samochodu Taty i
przyjechałem z Rodzicami do Warszawy. To było trochę ponad trzy
lata temu. I tu mógłbym skończyć i powtórzyć cytat z samego
początku, lekko go parafrazując: „Aż do tamtego momentu pomagał mi
Pan”. Ponieważ jestem gadułą i to, co najważniejsze: nie
zakończyłem wtedy mojej „współpracy” z Bogiem, a On mi później też
pomagał, mogę więc pisać dalej. I chwała Mu za to, bo Bóg jest
ŻYWYM Bogiem, działa każdego dnia w moim życiu i wielu ludzi.
Zaczął się nowy etap w moim życiu. Niezależność połączona z
odpowiedzialnością. Nie było łatwo. Nowa praca, nowi ludzie i
szefostwo. Nowe miasto, dzielnice, linie autobusowe, plan miasta
był tak zdezelowany po pół roku, że musiałem kupić nowy. Nowa
uczelnia... WSZYSTKO było nowe, ale dało się oswoić.
Przeniesienie do Warszawy Bóg wykorzystał też do zmian w moim
życiu duchowym. Dzięki rozmowom z pastorem zacząłem poznawać
siebie, swoje problemy emocjonalne sięgające dzieciństwa,
kompleksy wpływające na moje myślenie i zachowanie. Dzięki Bożej
pomocy moje emocje i psychika zostały uleczone.
W
Warszawie nie zawsze byłem na duchowej „górce”, ale całe szczęście
Bóg dawał mi wyjście z trudnych sytuacji i przebaczał mi moje
grzechy. Bóg pobłogosławił mi nowym zborem, do którego obecnie
uczęszczam, gdzie mogę służyć Bogu oraz innym ludziom.
Wśród tych przyjaźni Pan dał mi tę najlepszą przyjaźń, jaką
mężczyzna może sobie wymarzyć. Poznałem Agnieszkę. Najpierw
rozmowy, potem kawa i spacery, potem....zakochaliśmy się w sobie.
Kochamy się nadal i mamy zamiar się pobrać. Agnieszka jest dla
mnie Bożą odpowiedzią na moje młodzieńcze modlitwy: „Chcę poznać
jedną i tą jedyną, pragnę, by była oddana Tobie, Boże”. Długo
czekałem na wysłuchanie tej modlitwy, ale jak już się doczekałem,
to moje marzenie zostało przez Boga spełnione w 200%. Teraz oboje
widzimy, że gdybyśmy to my mieli planować swoje życie i nim
kierować, to nigdy byśmy sobie tak tego nie poustawiali, ale
widzimy w tym wszystkim Boże prowadzenie i nie wątpimy w to.
W
tym momencie życia też mogę powiedzieć: „Aż dotąd pomagał mi Pan”.
Mogę mówić to każdego wieczora, gdy kończy się dzień. To Bóg daje
siłę, aby iść dalej, to On daje przebaczenie, gdy potykam się i
upadam w grzech, to Jezus wyciąga swoją dłoń, pomaga wstać i
zachęca do dalszej wędrówki przez to ziemskie życie. Pomyśl, czy
chcesz wieść życie pozbawione wartości? Czy chcesz, aby Twoje
życie było przypadkowe, czy może wolisz powierzyć je komuś z
kwalifikacjami – BOGU? Czy chcesz radzić sobie sam w życiu, czy
chcesz mieć Pomocnika, Doradcę i Pocieszyciela w osobie Jezusa
Chrystusa? Pomyśl...
|