[Adam Wilk]

Mam 24 lata i jestem chrześcijaninem, ale nie zawsze tak było.

 adamBeztroskie lata

Wychowywałem się w normalnej rodzinie. Mój tata był oficerem wojska polskiego, mama natomiast zarządzała gospodarką w jednostce wojskowej w Komorowie. Tam też mieszkaliśmy. Mam także dwie siostry – Anię, młodszą o dwa lata i Ewę - starszą o rok.

Moje dzieciństwo wspominam jako piękne, niczym niezakłócone, beztroskie lata. Co roku w wakacje wyjeżdżaliśmy całą rodziną na wczasy. Nie zapomnę chwil, gdy wcześnie rano wypływałem z ojcem łódką na ryby (dwóch facetów, na łódce z wędkami… to było dopiero coś). Jesienią często jeździliśmy na grzyby… zawsze trzymałem się blisko taty, wtedy miałem gwarancję, że uzbieram cały koszyk. Tata czasami podrzucał mamie muchomora i mieliśmy z siostrami niezły ubaw. Lubiłem też pomajsterkować z ojcem przy samochodzie, choć tak naprawdę, to więcej przeszkadzałem, niż pomagałem. Pod koniec każdego dnia była oczywiście kolacyjka. Najbardziej lubiłem, gdy mama robiła placki z dżemem (takie na całą patelnię).

Kiedy miałem 10 lat, pojechałem wraz z siostrami na kolonie letnie do Gołdapi. Po powrocie do domu, gdy tylko otworzyłem drzwi… już wiedziałem, co się stało… mama tak jakoś dziwnie ubrana na czarno, dziadkowie, kolega taty.

Mój ojciec zginął w wypadku samochodowym.


Czar prysł

Od tamtej chwili wszystko było inne. Nie byliśmy już tą samą rodziną. Czar prysł. Mama przez długi czas nie mogła dojść do siebie. Brała lekarstwa - o ile psychotropy można nazwać lekarstwami. Nie była w stanie udźwignąć ciężaru, jaki został włożony na jej barki. W jednym momencie została sama, z trójką małych dzieci.
Wtedy jeszcze do końca nie rozumiałem wszystkiego, co się działo, ale zrozumienie przyszło po pewnym czasie. Zrozumiałem to, gdy trzeba było naprawić kontakt w ścianie, skopać ogródek na zimę, czy zrobić remont w domu. Nie wiedziałem, jak należy robić niektóre rzeczy i nawet nie miał mnie, kto tego nauczyć (choć Mama robiła wszystko, by zastąpić nam ojca). Metodą prób i błędów, nieporadnie dochodziłem, jak należy robić to czy tamto. Najbardziej było mi przykro, gdy widziałem, jak moi koledzy z podwórka jeździli na ryby… ze swoim tatą. Mogłem tylko pomarzyć o takich wyprawach. Któregoś dnia jeden z kolegów taty zabrał mnie na taką wyprawę, ale to już nie było to samo, co kiedyś.
Nie miałem ojca i wiedziałem, że już nic tego nie zmieni.
Czas leciał, a nasza rodzina wcale nie była rodziną. Każdy z nas zamknął się w samym sobie. Każdy miał własny pokój, własny świat. Każdy z nas na własną rękę próbował radzić sobie ze swoim życiem (o ile 12- czy 13-latek potrafi poradzić coś ze swoim życiem). Tylko mama, kiedy już doszła do siebie, próbowała wytworzyć rodzinną atmosferę, bo kochała nas ponad wszystko i tak naprawdę to miała tyko nas. Ale bez ojca jakoś to wszystko się nie kleiło.

Może z czasem jakoś by się ułożyło, ale życie nie dało nam spokoju.

Kolejny cios

Gdy miałem 13 lat, wpadłem pod samochód. Skończyło się to dwoma operacjami połamanej nogi, długim pobytem w szpitalu, kilkumiesięczną rehabilitacją i pobytem w sanatorium. Byłem jeszcze małym brzdącem i do końca nie rozumiałem tego, co się stało. Teraz, gdy to wspominam, przypominają mi się zatroskane oczy mojej mamy. Gdy o tym myślę, wyobrażam sobie, co ona mogła wtedy czuć… najpierw ojciec, a teraz syn o mały włos…
Wtedy jeszcze jakoś to do mnie nie docierało. Dotarło, gdy miałem 15 lat. Zdarzył się kolejny wypadek w mojej rodzinie. Tym razem to była moja mama.
Dowiedziałem się o tym dopiero na drugi dzień. Gdy tylko usłyszałem tą wiadomość, coś we mnie pękło. Tego było już za wiele. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Myślałem tylko o tym, żeby nie rozpłakać się w szpitalu, bo przecież mojej mamie byłoby jeszcze ciężej. Oczywiście nie wytrzymałem. Jak tylko ją zobaczyłem, to po prostu zmiękłem. Miała złamany obojczyk, sfatygowaną twarz i była cała poobijana i opuchnięta… moja kochana mama.

Boże eksperymenty?

Po powrocie ze szpitala nie miałem już siły na nic. Nawet jeść mi się nie chciało. Myślałem sobie w sercu – dlaczego mi się to przytrafia, dlaczego mojej rodzinie? Czy Pan Bóg – o ile w ogóle jest – nie mógłby sobie znaleźć kogoś innego do swoich eksperymentów? W końcu doszedłem o wniosku, że skoro życie mnie nie szanuje i skoro Bóg o mnie zapomniał, to ja przestanę szanować to życie i zapomnę o Bogu.
Od tamtej pory, te kilka słów stało się cały moim życiem… i zaczęła się jazda!
Totalnie zamknąłem się w sobie, olewałem wszystko i wszystkich dookoła mnie. Począwszy od nauczycieli w szkole, poprzez znajomych ojca i mamy, a skończywszy na własnej rodzinie. Zaczęły się imprezki, dziewczyny, koncerty, palenie blantów, ogniska, picie tanich win, słuchanie ostrej muzyki, przekłuwanie uszu, farbowanie włosów… jednym słowem „hay life”! Nie liczyłem się z nikim i z niczym. Istniałem tylko ja i moje popaprane życie. Po kilku wybrykach nawet do siebie straciłem szacunek.
Miałem wtedy jakieś 17 lat i żadnej przyszłości przed sobą. Nic oprócz następnego dnia, który i tak niczego nowego nie przynosił. Żadnych marzeń, radości… nie czułem już nawet smutku. Zupełnie jakbym siedział na samym dnie studni. Wydawało mi się że nie ma wyjścia, że tak już pozostanie.
Całe szczęście zobaczyłem nagle malutkie światełko, gdzieś w górze.
Poznałem dziewczynę. Miała na imię Gośka i od razu się w niej zakochałem. Ot tak! Dzięki tej znajomości - zdawałoby się, że zupełnie przypadkowej - wlało mi się trochę oleju do głowy i zacząłem się liczyć z niektórymi rzeczami. Nagle w moim sercu zaczęła się tlić iskra nadziei. Myślałem sobie, że chyba to życie nie jest tak o końca złe i że ten Pan Bóg, to w sumie chyba tak do końca nie zapomniał o mnie, skoro dał mi taką fajną dziewczynę.
Spędzaliśmy ze sobą całe dnie. Pamiętam długie spacery, rozmowy, śmieszne sytuacje. Za każdym razem, gdy wracałem od Gośki do domu, patrzyłem w niebo i myślałem sobie, że nie jest źle i w głębi serca bardzo się cieszyłem, że w końcu stanąłem na nogi. Ale to były tylko takie przebłyski. Nadal chodziłem na imprezki, lubiłem sobie przypalić i napić się czegoś mocniejszego.

Niezła jazda

Pewnego popołudnia, przed wakacjami zadzwoniła do mnie moja Ciocia z zapytaniem, czy nie pojechałbym na obóz dziecięcy jako ratownik. Miałem jakieś tam papiery ratownika, więc pomyślałem sobie – czemu nie! Na obozie z dzieciakami jeszcze mnie nie było, a że dzieci zawsze lubiłem, to się zgodziłem.
Przed obozem, jak co roku, pojechałem ze znajomymi na festiwal rockowy. Trwało to kilka dni i z tego, co pamiętam, to była niezła jazda.
Ale prawdziwa jazda zaczęła się w momencie, gdy przyjechałem na obóz do Stężycy. Dopiero na miejscu uświadomiłem sobie do końca, w co tak naprawdę się władowałem.
To był obóz chrześcijański !!!
Po jakiś trzech dniach chciałem stamtąd wyjeżdżać, ale niestety zobowiązałem się i wszystko wskazywało na to, że będę musiał spędzić tam ponad dwa tygodnie. W ogóle nie rozumiałem tych ludzi. Mówili mi o jakimś Jezusie, nawróceniu, życiu wiecznym. Oczywiście przytakiwałem im, ale w głębi serca mówiłem sobie, żeby schowali to wszystko między bajki, bo ja w to na pewno nie uwierzę.
Po pewnym czasie jakoś się uspokoiłem i zacząłem przyglądać się temu wszystkiemu. Żartowałem sobie wtedy po cichu, że zawsze chciałem spotkać kosmitów, ale nigdy nie przypuszczałem, że ci kosmici mogą być z mojej planety. Niby wszystko było w porządku, lecz nie do końca. Przez cały czas kotłowało mi się w głowie jedno pytanie: dlaczego ci ludzie są tacy pewni, że Bóg istnieje? Zastanawiała mnie też nadzieja i radość, którą Ci chrześcijanie mieli w sobie.

Jezus... całkiem w porządku

W końcu sam – chcąc czy nie chcąc – sięgnąłem po Biblię, żeby to wszystko sprawdzić. W głębi serca, to tak naprawdę chciałem upewnić się, czy nie ma w tym wszystkim jakiegoś haczyka, czy też podstępu. Po przeczytaniu kilku wersetów Ewangelii, stwierdziłem nawet, że ten Jezus był naprawdę w porządku. Uzdrawiał ludzi, radził, jak żyć, rozmawiał ze wszystkimi, którzy do Niego przychodzili. Bez względu na to, czy to był jakiś święty, czy też cudzołożnica. Musiałem wtedy przyznać, że zaciekawiło mnie to wszystko. Ale nie na długo.
Obóz się skończył, wróciłem do domu (oczywiście bardzo podekscytowany tym całym pobytem w Stężycy) i po pewnym czasie jakoś to wszystko się rozpłynęło. Znowu zacząłem chodzić na imprezy, jeździć na koncerty i używać życia. Szybko zapomniałem o czytaniu Biblii. W moim sercu jednak był pewien niepokój, coś nie dawało mi spokoju i nie wiedziałem do końca, o co chodzi.
W pewnym momencie zacząłem baczniej przyglądać się temu, co robię, a także temu, co robili moi znajomi. Zauważyłem, że przestaje mnie takie życie cieszyć, wszystko stawało się coraz bardziej matowe i bez smaku. Nagle spostrzegłem, że to tak naprawdę prowadzi donikąd, a co gorsza widziałem jak to całe imprezowanie zaczyna podobać się mojej dziewczynie.
Gdy zbliżały się Święta Bożego Narodzenia byłem jakiś taki rozbity. Jak co roku pojechaliśmy do dziadków, by tam spędzić ten czas.
Dużo wtedy myślałem. Rozmawiałem też z moją babcią, która stała się jak plaster miodu na moje serce. Pewnego wieczora nawet się z nią pomodliłem. To był bardzo dobry czas dla mnie. Dużo wtedy zrozumiałem.

Jeden z tych gorszych dni...

Po powrocie do domu powiedziałem sobie, że już dość kręcenia się w kółko. Postanowiłem, że będę dobrym człowiekiem… tak po prostu.
Chciałem się tym wszystkim podzielić z Gośką. Gdy się z nią spotkałem, nawet nie zdążyłem opowiedzieć o tym, co przez tyle czasu kotłowało się w mojej głowie.
To był jeden z tych gorszych dni w moim życiu. Ona pierwsza otworzyła usta i powiedziała mi, że nie chce już, abyśmy byli razem, że się pomyliła… po trzech latach znajomości!
Po raz kolejny świat się dla mnie skończył. Wpadłem w depresję. Przestałem się uczyć i spotykać się ze znajomymi. Zamykałem się tylko w pokoju i gapiłem się godzinami w sufit. Gdy siedziałem tak sobie, przypominało mi się o Bogu. Krzyczałem wtedy do Niego, że to niesprawiedliwe.

Ucieczka przed samym sobą

Trwało to jakieś dwa miesiące. W pewnym momencie powiedziałem dość! Muszę się za siebie wziąć. Zacząłem angażować się w teatr i muzykę, czyli w to, w czym sprawdzałem się już wcześniej. Mój dzień wyglądał tak, że po powrocie ze szkoły rzucałem plecak, brałem basówkę i leciałem na próbę. Do tego wieczorami pisałem ze znajomymi scenariusz do naszego nowego spektaklu lub szedłem na piwo z kumplami z kapeli. Potem zaczęły się przeglądy małych form teatralnych i wiele, wiele innych rzeczy.
Mój czas zamienił się wówczas w bezustanną ucieczkę przed własnymi myślami i przed samym sobą. Jednak w momentach, gdy zostawałem sam w pokoju, wszystko wracało i znowu pojawiały się łzy, wyrzuty i pytania do Pana Boga. Próbowałem znaleźć choć odrobinę sensu w tym wszystkim, co robiłem, lecz nie znalazłem. Zbliżały się wakacje, a ja zamiast się cieszyć, byłem zmęczony i nawet nie chciało mi się o nich myśleć.

Nowe życie

Pewnego popołudnia zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę. A tu, kto? Oczywiście moja Ciocia. Zadzwoniła, by zapytać mnie, czy nie pojechałbym na obóz z dzieciakami… a ja jakbym czekał na ten telefon, bez chwili namysłu odpowiedziałem: owszem, bardzo chętnie. Wiedziałem już wtedy, że nie będzie to taki sam obóz, jak w zeszłym roku. Czułem, że coś w moim życiu się zmieni.
To były wakacje 1998 roku. Tym razem obóz był w Narewce.
Oprócz tego, że miałem swoje obowiązki na plaży i podczas zajęć z dzieciakami, miałem też dużo czasu na rozmowy. Mieliśmy też swoją grupę młodzieżową, którą prowadziła Beata z Gdyni. Wieczorem zazwyczaj mieliśmy czas na czytanie Pisma Świętego. Często zostawałem po tych spotkaniach i długo rozmawiałem. Miałem wtedy straszną burzę myśli w głowie i mnóstwo pytań. Nigdy wcześniej niczego tak nie dociekałem. Chciałem poznać prawdę i wiedziałem, że jestem już blisko.
Beata do tej pory śmieje się, jak przypomni sobie, kiedy siedziałem na krześle, drapiąc się po łysej, okolczykowanej głowie. Każde pytanie rozpoczynając od słów: Jak to jest, że… ?
W końcu zrozumiałem, że muszę podjąć decyzję. Nie taką na jeden lub dwa miesiące, ale na całe życie. Wziąłem w garść swoją Biblię i poszedłem na długi, długi spacer.
Gdy znalazłem się na zupełnym bezludziu, otworzyłem swoje usta i zacząłem się modlić. Pierwszy raz w życiu tak naprawdę, szczerze modliłem się. Nagle z moich ust padły słowa:
„Panie Boże, jeżeli naprawdę jesteś i jeżeli to, co jest napisane w tej księdze, jest prawdą, to ja chcę spróbować. Oddaję się w Twoje ręce. Od dziś chcę być Twoją własnością. Weź proszę całe moje życie i zaopiekuj się mną”.
Wracając z powrotem uświadomiłem sobie, że pojąłem w końcu, co to jest wiara i że właśnie uwierzyłem w Boga. Dziś wiem, że była to najmądrzejsza decyzja w moim życiu. Poczułem wtedy cudowny pokój w sercu. Wszystko, co do tej pory działo się we mnie, nagle ucichło.
Po powrocie do domu Bóg potwierdził swoją obecność.
Gdy siedziałem sam w swoim pokoju i modliłem się, Bóg dotknął się mojego serca… i nie jest to żaden chrześcijański slogan. Niemalże fizycznie poczułem na sobie Bożą moc. Leżałem wtedy na podłodze bez ruchu i płakałem ze szczęścia. W jednej chwili dostałem wszystko. Dostałem nowe życie.
Teraz mam 24 latam i jestem chrześcijaninem, ale nie zawsze tak było. Szukałem szczęścia w wielu rzeczach. Szukałem w muzyce i teatrze, szukałem w alkoholu i narkotykach, szukałem u innych ludzi i w miłości do drugiej osoby. Nie chcę powiedzieć, że nie zajmowałem w tym odrobiny radości, bo bym skłamał. Owszem, znajdowałem, ale to było chwilowe i zawsze wracałem do punktu wyjścia. Niejednokrotnie byłem na samym dnie, na granicy wytrzymałości, o krok od popełnienia czegoś głupiego…i kto wie, jak by się to wszystko skończyło, gdyby Bóg nie wyciągnął do mnie ręki. Życie, które dostałem od Niego, to najwspanialszy prezent, jaki kiedykolwiek otrzymałem i nie zamieniłbym go na nic innego w świecie. Mimo że teraz też nie jest mi wcale łatwo, wiem, że mam Ojca w Niebie i że zawsze mogę liczyć na Jego pomoc.
Ktoś mógłby powiedzieć: jak to? Przecież tyle razy dostawałeś po karku i jeszcze się nie nauczyłeś, że Boga nie ma?
Uśmiechnąłbym się wtedy i odpowiedziałbym… jest…. i kocha Ciebie, Twoją rodzinę, znajomych i każdego człowieka na tym świecie.
Uśmiechnąłbym się dlatego, że jestem osobą, która jako pierwsza mogłaby zadać takie pytanie… a mimo wszystko uwierzyłem i to wystarczyło. Wtedy On zabrał cały strach, wątpliwości, smutek, żal. I dał mi nowe życie.

„Bo jeśli ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i uwierzysz w sercu swoim, że Bóg wzbudził Go z martwych, zbawiony będziesz” (Rzymian 10:9).